poniedziałek, 2 czerwca 2014
czwartek, 29 maja 2014
Tarta szparagowa
Na temat szparagów i mojej miłości do tego warzywa rozpisywałam się już nieraz. Tym razem podane jako danie główne w postaci tarty szparagowej. Smakuje świetnie, pięknie wygląda, a nie wymaga zbyt wiele pracy. Udało mi się je przygotować, pomimo trwającego remontu, więc zachęcam do wypróbowania.
Składniki:
- mrożone ciasto francuskie,
- półtora kilograma szparagów,
- 500 ml śmietany 12%
- 4 jajka
- 10 dkg tartej mozzarelli
- 10 dkg sera pecorino
- sól, pieprz, cukier
Ciasto francuskie lekko rozmrażamy i wykładamy nim ceramiczne naczynie do tart, wcześniej nasmarowane masłem. Na ciasto nakładamy folię aluminiową i zasypujemy fasolą (by nie urosło).
Przez kilka minut podpiekamy.
W międzyczasie obieramy szparagi. Tym razem użyłam 1 kg białych szparagów, które musiałam obrać i 0,5 kg zielonych, których się nie obiera. Szparagi obgotowujemy w osolonej i lekko osłodzonej wodzie (białe 7 min., zielone 2 min.).
Z podpieczonego spodu zdejmujemy folię z fasolą i układamy szparagi. Mieszamy śmietanę z rozbitymi jajkami i tartym serem, doprawiamy solą, pieprzem. Zalewamy tartę i wstawiamy do piekarnika na ok 30 min., temp. 210 st. C (termoobieg). Wyciągamy, gdy jest ładnie zrumieniona.
Smacznego!
czwartek, 22 maja 2014
Domowe pobojowisko
Dwa tygodnie temu zaczął się u nas długo oczekiwany remont. Właściwie od dnia, w którym kupiliśmy nasz dom jedyną jego wadą, ale jakże istotną, była ciemność. Ciągle miałam wrażenie, że brakuje w nim światła. I w końcu kochany Mężuś dał się namówić na wybicie 3 metrowego okna w salonie.
Początkowa faza remontu okazała się dla nas trudnym doświadczeniem,
pomimo, że strefę kłucia w miarę zabezpieczyliśmy. W miarę... kurz i pył
był wszędzie. Ale warto było przecierpieć, bo dziś cieszymy się
naprawdę jasnością. Pewnie wpływ na to ma również fakt, że
zrezygnowaliśmy z jakichkolwiek kolorów na ścianach i wszystko
pomalowaliśmy na biało. Wymieniliśmy również podłogę z jasnego klonu na
bielony dąb. Ostatnim punktem remontu jest własnoręczne malowanie mebli:
z czarno-brązowych, na gołębie (jasnoszary ;-).
Poniżej kilka fotek, jak było i jak zaczyna być...
piątek, 2 maja 2014
Wiosna, zające, jaja i mazurki
Oj coś ostatnio nie mogę się zmobilizować, by utrwalać kolejne mijające dni na blogu. Czas biegnie, jak oszalały, jedno wydarzenie goni drugie, a ja staram się za wszystkim nadążyć. Ale wreszcie znalazłam chwilkę na wrzucenie paru wiosennych wspomnień. Patrząc teraz za okno, aż trudno uwierzyć, że kilka dni temu świeciło słońce, kwitły tulipany i magnolia, a my na rowerach jeździliśmy po lesie. Dziś deszczowo, pochmurno, wietrznie...
Przed chwilą pochowałam wielkanocne dekoracje do kartonu, który upchnęłam głęboko w garażu. Uwielbiam rozstawiać po domu te wszystkie świąteczne dekoracje, ale również bardzo lubię, kiedy chowam je i po pokojach nie skaczą zające, a z każdego narożnika nie zwisają jajka :-) W tym roku i tak udało nam się nie przesadzić i raczej tylko mieliśmy kilka świątecznych akcentów. Jak choćby prosty wieniec z zielonymi, aksamitnymi jajkami i różowymi motylkami wyciętymi z filcu.
Nie mogło oczywiście zabraknąć baziek, na których zawiesiliśmy jajka.
Na lampę wskoczył zając i przeglądał się w szklanym jajku...
Struś zostawił u nas trochę swych białych piór, które miękko otulały włóczkowe jajka (sposób na zrobienie włóczkowych jajek znajdziecie tutaj).
A na stole, jak co roku, babki, mazurki, rzeżucha, jajka... Pomimo, że obiecaliśmy sobie, że w tym roku się nie objemy, nie udało nam się :-(
Cóż nie pozostało nam nic innego, jak zabrać się za bieganie, by zrzucić tych parę kilo, które przez święta przybyły i za Chiny nie chcą nas zostawić. Jak tylko za oknem znów zobaczę słońce ruszam do lasu!!!
poniedziałek, 10 lutego 2014
Narty we Francji
I znów nam się udało spędzić upragnione wakacje w Les Trois Vallées we Francji. Przejechaliśmy wszerz i wzdłuż stoki, zachwycając się kolejnymi traskami, ale nadal nie udało nam się zaliczyć wszystkich, także wiemy gdzie pojedziemy w przyszłym roku...
Pogoda nie zawsze dopisywała, ale dzieciom to zupełnie nie przeszkadzało. Fikołki w butach narciarskich? Dla chcącego, nic trudnego.
Kiedy my odpoczywaliśmy po nartach, dzieci namiętnie bawiły się w śniegu :-)
Nic dodać, nic ująć.
niedziela, 22 grudnia 2013
Ale Meksyk...
Przełom listopada i grudnia spędziliśmy w Meksyku. Kiedy w Polsce temperatura zaczęła spadać poniżej 5 st. C, a słońce na dobre zapomniało wschodzić, wyruszyliśmy na poszukiwanie ciepła i energii. I chyba dobrze trafiliśmy, bo co jak co, ale Meksyk to kraj, który rozpala, począwszy od tacos z pikantnymi salsami, poprzez słoneczne plaże Acapulco, skończywszy na nigdy niezasypiającym Mexico City.
Nasza przygoda zaczęła się w Mexico City - największym mieście świata, gdzie oficjalna liczba mieszkańców przekracza 20 milionów ludzi, a nieoficjalna 40 milionów!!! Tu wszystko jest możliwe: czteropasmowe ulice wiecznie zakorkowane, Mariachi w tradycyjnych strojach, pielgrzymka kowbojów na koniach, czy żołnierz z karabinem uśmiechający się do przechodniów.
| Historię Meksyku można poznać podziwiając murale w Pałacu Prezydenckim. |
| W tym niezwykle zatłoczonym mieście można również znaleźć odrobinę zieleni. |
| Ale Mexico City to przede wszystkim ludzie! |
Z Mexico City ruszyliśmy na północny wschód do Teotihuacan - miejsca, w którym ludzie stają się bogami. Indianie powiadali, że to właśnie w tym miejscu powstał świat, to tu rozdzieliło się światło od ciemności, powstało słońce i księżyc. A my postanowiliśmy podziwiać tę krainę z liczącej sobie 65 m wysokości Piramidy Słońca.
Jadąc dalej dotarliśmy do pięknego miasta, położonego wysoko w górach - Taxco. To tu dawniej wydobywano srebro i do dziś z tym szlachetnym metalem miasto jest kojarzone. Mieszczą się tu setki sklepików oferujących ciekawe wyroby jubilerskie. Jedną z największych atrakcji jest jednak przejażdżka garbusami. Białe taksówki mkną wąskimi uliczkami niczym roller coaster.
W Taxco noc spędziliśmy w klasztorze...
Ostatnie dni wygrzewaliśmy się na plaży w Acapulco.
piątek, 8 listopada 2013
Creme de cassis
Oto mój sposób na jesienne deszcze, szarugę i zimno: Creme de cassis. Jeszcze w lipcu Mężuś zaczął przygotowywać ten smakołyk. Zamknął w buteleczce dojrzewające w słońcu czarne porzeczki, przyprawił odrobiną wysokoprocentowego alkoholu, przełamał cierpkość cukrem...
Konsystencja, zapach i smak likieru, wywołuje uśmiech nawet w najbardziej pochmurny dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
