Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dzieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 lipca 2014

Obozowe odwiedziny


Jak co roku, w połowie lipca przypadł nam weekend odwiedzin dzieci na obozie. Tym razem nasze, coraz większe, Maleństwa zawędrowały pod Szczecinek, by tam wśród lasów zaszyć się na długie trzy tygodnie. Synek właściwie codziennie do nas dzwoni i informuje o trudach życia obozowego i ogromnej tęsknocie za nami. Córeczka przez pierwszy tydzień nie mogła znaleźć telefonu, by tuż przed naszym przyjazdem doznać olśnienia i odnaleźć zgubę w plecaku. Od razu zresztą do nas zadzwoniła i szybko podyktowała listę rzeczy, które są jej niezbędne, by przetrwać kolejne dni.




























Obozowe życie toczy się swoim rytmem. Namioty rozbite między drzewami, tuż nad brzegiem jeziora. Kąpiele w zimnej wodzie, menażki, śpiwory i przyjaźnie na całe życie... Z łezką w oku zostawialiśmy ich w dziczy, ciesząc się, że to kolejne wakacje, o których pewnie nigdy nie zapomną.

wtorek, 23 lipca 2013

Odwiedziny


 W ubiegły weekend pojechaliśmy odwiedzić nasze robaczki. Nie ma ich w domu od półtora tygodnia i pomału zaczynamy bardzo tęsknić. Uwielbiam te chwile, kiedy zmęczona "trudami macierzyństwa" wypuszczam moje ptaszyny w świat, by po kilku dniach zrozumieć, że ów "trudy" to najcudowniejsza rzecz na świecie. W domu panuje absolutna cisza, nawet psu nie bardzo chce się ruszać. Machnie ogonem, gdy przychodzimy z pracy, ale jakoś tak leniwie, jakby w zwolnionym tempie. 



Do obozu harcerskiego dotarliśmy w sobotę po południu. Zza drzewa wybiegł nam na spotkanie nasz radosny Synek, już w pełni zaaklimatyzowany w lesie. Po chwili zobaczyliśmy uśmiechniętą Córunię wraz z koleżankami. Dziewczyny jakoś tak dziwnie nam się przyglądały. Zapytałam, czy coś się stało, ale zgodnie odpowiedziały, że nie i dalej patrzyły na nas. W końcu Córa nie wytrzymała i szepnęła:

- Macie rogaliki?

I tyle ją widzieliśmy. Porwały koszyczki z rogalikami i już ich nie było. Po jakimś czasie ponownie zlokalizowałam naszą pannę, ale usłyszałam tylko, że potem mamuś pogadamy, przecież jutro mamy cały dzień dla siebie. Na szczęście Synek troszkę bardziej potrzebował nas, bo nie mógł odnaleźć komórki (która, jak się okazało bezpiecznie odpoczywała pod mchem) i beretu (który, jak się okazało znalazła druhna zuchów i oddała za kawałek murzynka). Synuś z ulgą przyjął moją chęć poukładania ciuchów w namiocie i wytrzepania ton piachu ze śpiwora. Torba czystych rzeczy, które przywieźliśmy na wymianę wróciła z nami do domu, bo dzieci zgodnie postanowiły oszczędzić mi pracy i baaardzo rzadko wymieniały elementy garderoby. 

Bardzo nam się spodobał regulamin pompkowy. Może zastosujemy go w domu?
Wieczorem wszyscy zebraliśmy się wokół ogniska i śpiewaliśmy piosenki. Z łezką w oku słuchałam jak mój dziesięciolatek wyśpiewuje "Czarny chleb i czarna kawa, opętani samotnością...". Z dumą patrzyłam na moją dwunastolatkę, która, już nie obok nas, a po drugiej stronie ogniska, wraz ze swoją drużyną bawiła się.

Niedziela należała do rodziny. Tuż po apelu zapraliśmy nasze pociechy, najpierw do hotelu pod ciepły prysznic, a potem nad morze. Gdy wróciliśmy do obozu nasze dzieci zaraz pobiegły do swoich zastępów rzucając zdawkowe "papa, będziemy tęsknić". My w samochód i do domu, a w głowie ciągle słyszałam słowa piosenki "Myślą swą szukają szczęścia, które zwie się wolnością..."

poniedziałek, 15 lipca 2013

Dryń, dryń

 
Dawno nie zaglądałam na bloga. Pochłonął mnie bez reszty świat rzeczywisty. Musiałam uporządkować pewne sprawy, znaleźć odpowiedzi na pewne pytania... Też tak czasem macie? Stęskniłam się jednak bardzo za blogiem, za pisaniem, za wrzucaniem fotek. 

Wakacje już w pełni. Dzieci odpoczywają na obozie harcerskim. Po raz pierwszy oboje pojechali w to samo miejsce i to na trzy tygodnie. Żeby nie było jednak zbyt pięknie, Córunia dwa dni przed wyjazdem dostała temperatury, a Synuś stwierdził, że bez siostry nie jedzie. Udało się jednak go przekonać, a "ukochaną" siostrę dowieźliśmy po kilku dniach. 

Córcia uwielbia obozowe życie, wydaje się, jakby w ogóle nie tęskniła. Radzi sobie z rozłąką i jak logicznie tłumaczy, czasem dobrze jest sobie od rodziców odpocząć (ciekawe, co będzie za parę lat). Z Synkiem nie jest jednak tak łatwo. Zjada go tęsknota. Wydzwania co kilkadziesiąt minut i tylko czekam, aż mu się komórka rozładuje (bo na szczęście prądu w lesie nie ma). Co chwilę muszę rozwiązywać gigantyczne problemy dziesięciolatka...

- Mamo, czy ja mam jakieś skarpetki? Bo te, w których chodzę (drugi dzień) są całkiem mokre.
- Oczywiście, że masz skarpetki, przecież je razem pakowaliśmy do bocznej kieszeni plecaka.
- Aha.

Po chwili kolejny telefon:
- Mamo, wołają na herbatkę, czy myślisz, że mam się jej napić, bo mi strasznie zimno?!
- Jasne, idź i się napij ciepłej herbatki, a od razu poczujesz się lepiej.
- Ok, zadzwonię, jak się napiję.

Po dwóch minutach kolejny telefon:
- Mamo, nie  było jednak herbatki, więc się lepiej nie poczułem...

Dryń, dryń:
- Mamo, nie mam kąpielówek?
- Masz kąpielówki, pamiętasz nowe kupowaliśmy przed wyjazdem w niebieską kratkę.
- Aha, to tych nie szukałem.
- A idziecie się kąpać, przecież mówiłeś, że pada i jest strasznie zimno?
- Nie idziemy się kąpać, tylko nie mogłem znaleźć kąpielówek.

Dryń, dryń:
- Mamo, przywieziesz mi kalosze? I nie mam latarki.
- Masz trzy latarki, żadnej nie możesz znaleźć?
- Tę "latarko-żarówkę" mam, czołówkę też, ale tej czarnej nigdzie nie ma.
- A patrzyłeś w tych małych kieszonkach plecaka na pasie biodrowym?
- Aaa, zapomniałem.   

Dryń, dryń:
- Mamo, nie mam mydełka.
- Masz w kosmetyczce.
- Tam jest tylko szczoteczka do zębów i pasta.
- I jest buteleczka z szamponem i żelem pod prysznic.
- Aha.

Dryń, dryń:
- Mamo, boli mnie głowa i brzuch i jest mi strasznie zimno, przyjedź już po mnie, nie chcę tu być.
- A masz temperaturę?
- Nie wiem, nie mierzyłem, ale chyba mam.
- To idź do druhny, poproś, żeby ci sprawdziła i zadzwoń do mnie potem.

Dryń, dryń:
- Mamo, niestety 36,6, ale ja i tak chcę wracać.
- Kochanie, nie możemy teraz po Ciebie przyjechać.
- Aha...

Wieczorem siedzieliśmy z mężem przed domem, popijaliśmy winko, ale ja cały czas myślami byłam  w ciemnym, mokrym lesie i zastanawiałam się, czy Synuś da sobie radę. Nagle przyszedł sms od druhny, że mieli śmieszne świecznisko z dziewczynami, Synuś się świetnie bawił i jest uśmiechnięty.  
Dziś telefon milczy, jak zaklęty.

wtorek, 19 marca 2013

Kartonowy domek



Czasem jak patrzę na swoje dzieci przypomina mi się powiedzenie mojego taty (kiedy to on patrzył na mnie i mojego brata), że „kochamy się jak dwa psy łańcuchowe”. Chyba codziennie muszę występować w roli mniej lub bardziej bezstronnego arbitra i godzić zwaśnione strony.  Zastanawiam się wówczas, czy rodzeństwo to na pewno taki dobry pomysł. Ale wystarczy jedno niedzielne przedpołudnie i wiem, że nie ma nic lepszego niż brat czy siostra.
Kupiliśmy fotel (mamy przynajmniej kolejny powód do walk, miejsce na kanapie, o które tłukli się do niedawna przestało być zupełnie atrakcyjne). Największą zaletą fotela okazała się wcale nie wygodna, ale jego opakowanie – duży karton. Nasze dwa odchowane już prawie dzieciaczki (9 i 12 lat) przez kilka godzin bawiły się tym kartonowym cackiem. Najpierw zamykali się w nim wzajemnie, potem chowali się w nim i wołali zdezorientowanego psa, aż w końcu wpadli na pomysł budowy domku.
Głównym architektem i wykonawcą została Córcia (wiek daje pewne przywileje), a Synuś był pomocnikiem (i o dziwo bardzo mu się to podobało. Być może nasza Córcia zaczyna przejawiać zdolności dyplomatyczne, bowiem od początku zakomunikowała, że robi domek dla braciszka więc Synusiowi nie przeszkadzała fucha „podaj, przynieś, pozamiataj”). Ze zgrozą patrzyłam na ostre noże, którymi wycinano drzwi i okna, ale nikt niczego sobie nie uciął. Taśmą klejącą również nie zaklejali sobie ust, tylko wykorzystywali ją jako super budulec.  
Dobrze jest czasem sobie kupić fotel…  

czwartek, 20 grudnia 2012

Coraz bliżej święta


Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta… Już dom błyszczy od brokatu, pachnie pierniczkami… Pies, nasz dzielny stróż pilnuje stołu, z którego co jakiś czas spada lukrowa posypka. Lampki choinkowe świecą przed domem. Z głośników na okrągło płyną kolędy, które Kubuś z ogromnym zapałem wyśpiewuje pod niebiosa. Ania tworzy bożonarodzeniowe dzieła sztuki. Coraz bliżej święta…

Tradycją naszego domu stało się wspólne pieczenie pierniczków. Kiedy zbliża się taki pierniczkowy dzień, wiem, że święta są tuż, tuż. Przyjeżdżają do nas najbliżsi (albo my jedziemy do mojego brata), w kuchni robi się tłoczno i przyjemnie. A od czasu gdy są z nami dzieci wygłupom nie ma końca. Ania i Kuba to doświadczeni piernikoznawcy. Ich trzyletni kuzyn Oli też już staje się piernikowym specem, ale dla siedmiomiesięcznego Iwa (mojego bratanka) to było pierwsze spotkanie z piernikami. Dzielnie przyglądał się pracy kuzynostwa, intensywnie próbując włożyć do ust foremkę do wycinania pierników.

Po upieczeniu pierników zaczyna się najfajniejsza zabawa. Wszyscy zasiadamy przy kuchennym stole, na którym stają miseczki z lukrem, kolorowymi posypkami, cukrowymi gwiazdkami, srebrnymi kuleczkami… I zaczynamy ozdabianie. Przyglądam się wówczas z nieukrywanym zachwytem, jak pracuje dziecięca wyobraźnia. Jak każdy pierniczek jest swoistym dziełem sztuki. Nie ma dwóch takich samych. Jest mi wówczas tak ciepło na sercu, że nie przeszkadzają mi maczane paluszki w lukrze, co chwilę oblizywane, nie przeszkadza mi odgłos posypki spadającej na podłogę i szybki start pasa, by zdążyć przed odkurzaczem. Wiem, że to magiczna chwila…

Po pieczeniu pierniczków jesteśmy już w świątecznym nastroju. Właściwie każdego wieczoru wyczarowujemy jakieś ozdoby i dekoracje. Kuba lubuje się w rekordach, więc dla niego najważniejszy jest najdłuższy na świecie łańcuch choinkowy. Aneczka bardziej skupia się na precyzyjnym wykonaniu. Mam wrażenie, że gdzie nie spojrzę, widzę jak mieni mi się w oczach. To pyłek brokatowy, który wykańcza większość dzieł. Wczoraj do zapachu pierników i choinki dołączyła woń pomarańczy i goździków. To Kubuś dzielnie tworzył pachnące „bombki”. 

Za chwilkę znikniemy na kilka dni w kuchni, by polepić pierogi z kapustą i grzybami, uszka, zmielić mak na kutię i makowiec... Coraz bliżej święta…

czwartek, 5 lipca 2012

Truskawkowy szał


Myślę, że owoce dzielą się na owoce i owoce niezwykłe. Do tych drugich z pewnością zaliczyć można truskawki. Mają one w sobie "coś". Już sam ich wygląd cieszy oko, nie wspominając o smaku. A truskawkowe ślady na twarzyczkach moich Aniołków… Ale od początku.

Pojechałyśmy dziś z Anią na rynek. Tak jak nie przepadam za zwykłymi zakupami (w tym chyba znacznie odbiegam od ogólnie przyjętych norm, dotyczących mojej płci) tak za zakupami na rynku wprost przepadam. Te zapachy, te kolory, ten gwar, nawet to przepychanie się ludzi mi nie przeszkadza. Nigdy nie mogę się opanować i zawsze wykupuję pół straganu, zastanawiając się potem, jak zamienić moją rodzinę, w rodzinę królików. Niestety nie zawsze uśmiecha im się jedzenie tych wszystkich warzyw i owoców. Ale co do jednego jesteśmy zgodni – wszyscy uwielbiamy truskawki. Od początku sezonu do ostatnich dni codziennie je kupujemy i jemy w najróżniejszych postaciach i o dziwo wcale nam się nie nudzą. Najbardziej cieszę się, że dzieciaki ich nie słodzą. Tylko mąż po cichu zakrada się do kuchni i posypuje je cukrem.

Także udałyśmy się dziś na rynek po truskawki, a że były naprawdę śliczne postanowiłyśmy kupić ich ciut więcej. Niestety, gdy już koszyk załadowałyśmy do samochodu i zaczęłyśmy wracać do domu zadzwonił do nas tata, komunikując, że właśnie przejeżdżał obok truskawkowego poletka i kupił zapas na popołudnie… Cóż czekała nas prawdziwa truskawkowa uczta.

Na początek miseczka tych najładniejszych, do podgryzania od tak. Potem Ania spojrzała z błagalną minką i zapytała, czy upieczemy placek drożdżowy z truskawkami i dużą ilością kruszonki. Jak tu odmówić tym ślicznym oczętom. Ania rozbiła dwa jajka i przelała je do dużej miski, dodała pół kubka cukru i zapamiętale zaczęła je ubijać. Ja w międzyczasie przygotowałam rozczyn: do letniego mleka wkruszyłam 5 dkg drożdży, dodałam szczyptę soli, łyżkę cukru i tyle mąki by rozczyn miał gęstość kwaśnej śmietany. Odstawiłam go w ciepłe miejsce i gdy podwoił objętość dodałyśmy go do ubitych z cukrem jajek, do których dodałyśmy jeszcze pół kostki roztopionego masła i mąkę (tak by ciasto zrobiło się gęste). Znów cierpliwie poczekałyśmy, aż urośnie, po czym przełożyłyśmy je na blachę. Anusia fantazyjnie poukładała truskawki, a ja przygotowałam sporą porcję kruszonki (do roztopionej połowy kostki masła dodałam pół i trochę kubka cukru, pół i trochę kubka mąki oraz cukier waniliowy – zmiksowałam). Gdy zasypywałyśmy placek kruszonką nagle w kuchni zmaterializował się Kuba i zaczął podkradać nam słodkie grudeczki. Szybko wstawiłyśmy placek do piekarnika, znów trochę poczekałyśmy aż podrośnie, po czym piekłyśmy go ok. 30 minut w temperaturze 175 st. C (termoobieg).

Kiedy placek bezpiecznie wyrastał w piekarniku Kubuś wyciągnął mikser i stwierdził, że on sam przygotuje truskawkowy koktajl. Przyniósł swój kuchenny podstawek, opasał się fartuchem i wziął się do pracy. Do wysokiego dzbanka wsypał truskawki, dodał trochę cukru (przy kolejnej niezbędnej łyżeczce musiałam zainterweniować), trochę wanilii, zalał to wszystko kefirem naturalnym, wymieszanym z odrobiną śmietany, zmiksował i gotowe.

Na kolacje postanowiliśmy zrobić naleśniki z musem truskawkowym. A że zostało nam jeszcze trochę owoców, przygotowaliśmy galaretkę i zalaliśmy nią miseczkę wypełnioną po brzegi truskawkami. Jutro będzie jak znalazł, zanim znów wybierzemy się na rynek…

Muszę przyznać, że dzieciaczki już całkiem swobodnie radzą sobie w kuchni i coraz więcej potraw potrafią przygotować same. Gorzej wychodzi im jeszcze pozostawienie kuchni, w choćby jako takim porządku, ale nie bądźmy drobiazgowi.

piątek, 22 czerwca 2012

Nasza Harcerka


Jakiś czas temu nasza Córeczka postanowiła zostać harcerką. A jak nasza Córeczka coś postanowi, to tak musi być. I dobrze, dziewczyna wie do czego dąży i ciągle uczy mamę, że to jej życie i jej decyzje. Zresztą akurat jeśli chodzi o harcerstwo to zaimponował mi ten pomysł. Ciężko mi się patrzy na dzieci, które nie wystawiają nosa zza komputera, a jadąc na wakacje pytają, ile gwiazdek będzie miał hotel.

Ania zapisała się do harcerstwa, co tydzień zawożę ją na zbiórkę (w sumie powinnam powiedzieć, że zapisałyśmy się obie do harcerstwa, tylko, że ja nie mam munduru i nie mogę wchodzić do harcówki, ale na zbiórki co tydzień jeżdżę). Kupiłyśmy mundur – to był chyba nasz pierwszy wypad do sklepu, gdzie nasze gusta nie musiały toczyć bardziej lub mniej kulturalnej wojny. Zgodnie z wytycznymi druhny nabyłyśmy wszystkie akcesoria i nie dyskutowałyśmy czy krój odpowiedni, czy kolor dobry i czy materiał miękki (Anusię potrafią „gryźć” najdelikatniejsze skarpetki). A teraz przygotowujemy się do 3-tygoniowego obozu w lesie, bez prądu, z wodą w jeziorze, pod namiotami…

Nasza mała (jedenastoletnia) Córunia pojedzie sama (z drużyną) pociągiem, a potem z plecakiem wypakowanym po brzegi będzie szła 4 kilometry, by rozbić namiot, „zbudować” sobie pryczę i dobrze się bawić. By ulżyć w wakacyjnych trudach naszej pociechy kupiliśmy superlekki plecak z odpowiednim podparciem biodrowym, oddychającymi plecami i nie wiadomo czym jeszcze. Mam nadzieję, że zdążymy instrukcję obsługi plecaka przeczytać i ją zrozumieć przed wyjazdem dzieciątka (mamy już niecały miesiąc!). Trochę czasu nam zajął wybór cieplutkiego śpiwora. Pan sprzedawca w sklepie chyba wyczuł, że nasza Córka wybiera się na walkę z polarnymi mrozami i będzie się wspinać co najmniej na Mont Blanc. I dzięki temu mamy ultra lekki i mega cieplutki (jeśli okaże się, że lipcowe lasy są gorące to można go oczywiście rozpiąć), w dodatku zielony (na dziś ulubiony kolor Anusi) śpiworek. A śpiworek ma jeszcze specjalną uprzęż, więc na pewno nie będzie brykał przytwierdzony bezpiecznie do plecaka. Nie próbowałam powstrzymać męża, kiedy wybierał dmuchaną, mięciutką poduszeczkę dla swojego skarba, wolałam się skupić na wzornictwie menażek, kubeczków, niezbędnika… 



Na większą próbę moja cierpliwość została wystawiona podczas wyboru latarki – czołówki. Mąż bowiem zamienił się na chwilę w kilkuletniego chłopca szykującego się na nadejście wiecznej nocy i z miną zadumaną badał tajniki latarek. Postanowiłam w między czasie poszukać innych niezbędnych akcesoriów potrzebnych podczas spotkania z naturą. Po pół godzinie wróciłam do regału z latarkami, ale decyzja nadal nie była podjęta. Przecież Lubuskie lasy są znane z nocy polarnych. W końcu dokonaliśmy kolejnego trudnego wyboru. Przymierzyliśmy córeczce, czy dobrze trzyma się na głowie i patrzyliśmy z dumą, jak przegląda się w lusterku nasz mały górnik.

Wreszcie udało nam się opuścić sklep, kiedy po raz trzeci cierpliwa pani poinformowała przez magafon, że na dziś koniec zakupów. Zapakowaliśmy się do samochodu i zaczęliśmy rozmawiać o nadchodzących wakacjach. Nagle Ania zapytała, czy pociąg, którym będą jechać na obóz to taki z łóżkami. Kiedy się dowiedziała, że nie mina jej trochę zrzedła, ale szybko się rozweseliła stwierdzając: „a czyli to będzie taki osobowy, jak w Harrym Potterze, ciekawe jaki będzie ten magiczny wózko - sklepik ze słodyczami”.

Nasza córeczka raczej nie zmarznie na obozie, kręgosłupa sobie nie nadwyręży niosąc ciężki plecak, egipskie ciemności nie powinny być dla niej przeszkodą, tylko nie wiem czy PKP sprosta jej oczekiwaniom.


środa, 20 czerwca 2012

Zwykły poranek


Mamy dwoje dzieci. Wychowują się w tym samym domu, wśród tych samych zasad, obowiązków, otoczone tą samą porcją (w każdym razie bardzo się staramy) miłości. A jednak jest to dwójka tak odmiennych ludzi, charakterów. Rozumiem, ze mają zróżnicowane zainteresowania, inaczej postrzegają świat. Czasem jednak, próbując stanąć obok, widzę jakby byli wychowywani w dwóch różnych domach, przez zupełnie innych rodziców. I wówczas stawiam sobie pytanie, czy to wychowywanie w ogóle ma jakiś sens? Wiem czasem lepiej pewnych pytań nie zadawać.

Ranek. Budzik wyrywa nas z błogiego stanu, rozum nakazuje nie odwlekać egzekucji i jak najszybciej wysunąć się z ciepłego kokonu nocy. Toczę wewnętrzną walkę przed zimnem poranka. I wówczas słyszę, tupot stópek małego robaczka. Staje w drzwiach sypialni szczęśliwy chłopiec. Jego uśmiech na ustach mówi mi, że na świecie nie jest tak źle, że wystarczy przełamać opór, wyskoczyć spod kołdry i będzie super. Na moment przytula się do mnie, by już biec szorować ząbki, ubierać ciuszki, niemal w locie połykać śniadanie, do plecaka włożyć picie, kanapkę, owoc i oczywiście coś słodkiego, jeszcze buty, bluza szkolna i gotowy żołnierz stoi przed drzwiami, a z jego ust wydobywa się okrzyk pierwszy. Tylko z kim on się ścigał?

Obok w pokoju nie mieszka przecież drugi zawodnik. Tam zaszyła się księżniczka. Ona pierwsza nie wybiega, ona czeka aż przyjdą ją budzić. Ona nie zrywa się z łóżka tylko zapada się w nie coraz głębiej. Tulona i oblepiana porannymi pocałunkami coraz mocniej zaciąga kołdrę na głowę, jakby ta puchowa pierzynka miała ją zasłonić przed światem. Tam nikogo nie ma, zostawcie laleczkę w spokoju, pozwólcie jej jeszcze chwilkę pobyć w krainie marzeń. Zaspane oczka razi światło słońca, uszy bolą od porannych dźwięków, nóżki nie dają sobie rady z krokami, a rączki nie chcą trzymać szczotki do zębów. Odkręcenie pasty jest wysiłkiem niebywałym, a to dopiero początek zmagań z dniem.

Przez pierwsze minuty podchodzę do Ani ostrożnie, starając się pomóc jej w przezwyciężaniu trudów poranka. Jednak im bliżej do godziny zero i wyjazdu do szkoły tym szybciej można zobaczyć jak moja cierpliwość zamienia się w rozdrażnienie. Kiedy uda mi się wyciągnąć śpiocha z łóżka i widzę, że kieruje się w stronę łazienki zostawiam ją i schodzę do kuchni, szykować śniadanie. Co jakiś wołam kontrolnie Aniu! Jak trener na swych zawodników nadając im tempo. Gdy nie słyszę żadnych ruchów na górze, wbiegam na pięterko i staram się nie eksplodować, widząc Anię malującą kwiatki na zaparowanym lustrze w łazience. Wiem, że to dopiero początek, za chwilę zaczną się dyskusje odnośnie rzeczy, które dzień wcześniej Ania sobie przygotowuje. Ale przecież jak można przewidzieć wieczorem, w co człowiek rano będzie się chciał ubrać. Potem fryzura: kitki, warkoczyki, rozpuszczone… Zejście na śniadanie. Czuję się jak kat, który nie pozwala układać abstrakcyjnych wzorków z chrupek, który zabija dziecięcą wyobraźnię. Chłopaki siedzą już w samochodzie i grzeją silniki, a przed Anią jeszcze wybór butów, bluza… Zazwyczaj kiedy już już wydaje mi się, że zamknę za nimi drzwi i zostawię kolejny poranek za sobą Ani przypomina się, że czegoś zapomniała i musi biec na górę.

Ale wreszcie udaje się. Towarzystwo w samochodzie pędzi na spotkanie ze światem. A ja przygotowuje sobie kawę, słucham tykającego zegara, popijam pierwszy łyk i witam się z dniem.


czwartek, 10 maja 2012

Komunia córki

Będąc w temacie komunijnym zaczęłam wspominać sobie, jak to było trzy lata temu, kiedy nasza córka przystępowała do komunii. Wówczas w domu dominował kolor różowy :-)

Na drzwiach wejściowych gości witał wianek.

Krzesło "komunistki" też udekorowaliśmy.

Wizytówki pozwoliły uniknąć zamieszania podczas siadania przy stole.






Tort Rafaello!













wtorek, 8 maja 2012

I Komunia

W niedzielę synek miał I Komunię. Jako jedni z nielicznych rodziców postanowiliśmy przyjęcie zorganizować w domu. Już kilka tygodni temu kupiłam liczne wstążeczki, serwetki, bibeloty... Dwa dni przed uroczystością pojechaliśmy na giełdę kwiatową po konwalie, frezje, margaretki i niezapominajki. Wreszcie mogłam pobawić się w dekoratorkę. A efekt oceńcie sami...










Po dekorowaniu przyszła pora na kucharzenie. Niestety nie zdążyłam zrobić zbyt wielu zdjęć potrawom, ale kilka się udało.






 

 


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Omlet kontra jajecznica



Jednym z naszych rytuałów rodzinnych jest niedzielne śniadanie. Szykujemy je powolnie, w piżamach, delektując się brakiem pośpiechu. Jednej niedzieli przygotowujemy jajecznicę, drugiej omlet. Dzieci na zmianę rozbijają jajka (teraz są już tak wprawione, że prawie wszystkie lądują w misce), nakrywają do stołu, kroją ogórki, szczypiorek (pomidory zostawiam dla siebie)... I wszystko byłoby sielsko, gdyby nie wybór między jajecznicą a omletem...


Oczywiście każdy wybrał sobie jedno ulubione danie: córcia - jajecznicę, synek - omlet. Już od rana dyskutują, co dziś pojawi się na stole. Zazwyczaj pilnie przestrzegamy reguły "w jednym tygodniu jedno, w drugim drugie", ale czasem się nie da i wtedy się zaczyna...

Wybierając między omletem a jajecznicą czuję się, jakbym wybierała po czyjej stronie stanę w walce na śmierć i życie, kogo zepchnę ze skały, a komu podam rękę, kogo bardziej kocham. Omlet kontra jajecznica. Wybór między dobrem a złem, wybór od którego będzie zależało całe nasze życie. Komu sprawić przykrość, a komu pozwolić się czuć jak wybranek.

W najbliższą niedzielę postanowiłam rozwiązać problem. Już widzę ich miny kiedy na stole pojawią się jajka po wiedeńsku. Chyba, że to stanie się ulubioną potrawą męża... A może kupię parówki.